czwartek, 22 czerwca 2017

MOJA PIERWSZA KSIĄŻKA

Stało się. Książka z bloga. Znalzłam drukarnię, złożyłam tekst, i zamówiłam wydruk. Materiału jest tyle na Ciekawej Medycynie, że zrobię dwie części. Pierwsza nazywa się "Czemu krew jest czerwona" i zrobiłam już wydruk próbny. Właśnie dostałam paczkę z drukarni. Całkiem ładnie wydrukowali.

Komu książkę? Wszystkich chętnych zapraszam do kontatu na mail: ciekawamedycyna@gmail.com, albo mój prywatny, jeśli ktoś go ma. Robię przedpłatę na wydruk i teraz można książkę kupić taniej. We wrześniu zrobię druk i cena wzrośnie do zwykłej, księgarskiej.

Zawartość to pierwsze dwa lata bloga.




Jest o tym:

— Czy przekłuwać bąbel na pięcie?
— Czym się różni kwaszone od skwaśniałego?
— Jak wyleczyć łupież?
— Kiedy powiedzieć dziecku, że jest adoptowane?

Odpowiedź na te pytania i inne praktyczne zagadnienia można znaleźć w niniejszej książce.

Prezentowana tutaj wiedza to oficjalna medycyna, tak zwana „zachodnia”, ale podana od strony mechanizmów działania, sposobu funkcjonowania ludzkiego ciała, i przede wszystkim od strony praktycznych, przydatnych umiejętności.
I to przetłumaczone z medycznego na polski.

wtorek, 7 marca 2017

ODKSZTUSZANIE - "Poleciało nie w tę dziurkę"

Dostałam list od Czytelnika. Cytuję w całości, za wiedzą i zgodą.

Dzień dobry,

trafiłem na Pani blog przy okazji poszukiwań informacji na temat odkrztuszania. Przy okazji słowa uznania za bardzo przydatny i interesujący blog pisany od podstaw, a nie od strony naukowca.

Chciałbym poprosić o poradę dotyczącą ciała obcego (jedzenia) w oskrzelach lub innym podobnym miejscu. Kilka dni temu zakrztusiłem się podczas obiadu i wydaje mi się, że część jedzenia wpadła mi "nie w tę dziurkę" i już stamtąd nie wyleciała, chociaż próbowałem to wykasłać.

Następnego dnia próbowałem jeszcze w pozycji pochylonej pokaszleć parę minut, ale nic nie wyleciało.
Czy jest jakaś domowa metoda na odkrztuszenie tego bez jakichś inwazyjnych metod, typu bronchoskopia czy tym podobnych? I czy po kilku dniach jest to jeszcze możliwe?
Czy w ogóle można jakoś się upewnić, że na pewno coś (jedzenie) zalega mi w oskrzelach/płucach?
Czuję od kilku dni w okolicach serca taką jakby obecność czegoś, nie jest to ból. Ostatnio też mam zawroty głowy, ale nie wiem czy to z tym łączyć.
Nie mam gorączki, mogę swobodnie oddychać.
Bardzo proszę o sugestię co z tym najlepiej zrobić.

Z góry dziękuję i pozdrawiam
Robert z Wrocławia


Odpowiedź

Drogi Czytelniku

Dziękuję za dobre słowo.
Gratuluję prób wykasłania, w tym próby wykasłania w nachyleniu. Brawo. To najlepsze, co można zrobić. Warto się naprawdę nisko pochylić, żeby grawitacja pomogła.

Po kilku dniach niestety niewiele więcej można zrobić. A i od razu - też nie wiele więcej. To, co z jedzenia wleci do oskrzeli, może podrażnić śluzówkę, zwłaszcza jeśli jedzenie jest kwaśne, albo pikantne, i taka podrażniona śluzówka musi się zgoić. Czasem, jeśli jedzenie jest bardziej miękkie, czy o konsystencji płynnej - trochę zostaje na ściankach i trudno to wykasłać, bo się przykleja. Trudniej niż na przykład kawałek ziemniaka czy mięsa. I dopóki zostaje, to będzie drażniło.

Jest to ten sam typ podrażnienia, co zachłystowe zapalenie płuc, którego boją się anestezjolodzy i chirurdzy przy operacjach, jeśli pacjent jest operowany po jedzeniu. Kiedy pacjent leży, i jest zwiotczony do operacji, to zwieracz żołądka może puszczać treść pokarmową do przełyku i gardła, a tam jest rurka intubacyjna, wzdłuż której płynna treść wcieknie sobie do tchawicy, oskrzeli, i płuc. W tym przypadku jest o tyle gorzej, że dochodzi jeszcze kwas żołądkowy, który drażni bardzo silnie, bo po prostu uszkadza chemicznie śluzówkę oskrzeli. Śluzówka oskrzeli nie jest przygotowana do znoszenia kwasu, a nawet śluzówka przełyku nie jest, czego przykładem jest zgaga, czyli pieczenie w okolicy mostka, jeśli mamy refluks, które pojawia się w wyniku cofania treści pokarmowej z żołądka do przełyku. Czasem się to zdarza, jeśli ktoś zje, a potem się położy, zamiast odczekać z godzinkę, a lepiej dwie. Śluzówka żołądka jest wyjątkowa i ma mechanizmy obronne, żeby się nie strawiła. Śluzówka przełyku już nie. Wracając do płuc i oskrzeli - te śluzówki też sobie z kwasem nie radzą, i będą odchorowywać kontakt z kwaśną treścią pokarmową. Pan ma więcej szczęścia - co prawda wpadł Panu do tchawicy kawałek obiadu, jednak bez kwaśnej treści żołądka. Podrażnienie nie będzie takie silne.

Jak to się leczy?
Nie bardzo się leczy. Przy tym szpitalnym, zachłystowym zapaleniu płuc podaje się antybiotyki, głównie dlatego, żeby na uszkodzonej śluzówce się nie rozmnożyła jakaś bakteria, zapobiegawczo. Można też zrobić tą nie chcianą przez Pana bronchoskopię, czyli wsadzić endoskop do oskrzeli i odessać co się da i wypłukać.

Co bym radziła?
UWAGA. LEKTURA NINIEJSZEGO ODCINKA NIE ZASTĘPUJE PORADY LEKARSKIEJ
Pokazać się lekarzowi, który Pana osłucha, czy się zapalenie płuc nie zrobiło, i może jeszcze wyśle na RTG. Tyle można bez bronchoskopii.

Proszę się przed tym RTG nie bronić. Prawdopodobnie wyjdzie prawidłowe. Ale...

Jeśli jednak kawałek jedzenia zatkał Panu oskrzele, to sam kawałek jedzenia widoczny w RTG nie będzie, bo jedzenie da na RTG blady cień, podobny do miąższu płucnego, i się to razem zleje, nie da się odróżnić - ale będzie widoczne to zatkanie oskrzela. A to dlatego, że cały zatkany płat jest nieupowietrzeniony i to daje wyraźny, mocny i charakterystyczny cień tego płata w RTG. Mało prawdopodobne by tak się stało, raczej po prostu jest podrażniona śluzówka - ale gdyby jednak - RTG to wykaże.

Prawdopodobnie nic lekarzowi nie wyjdzie złego ani przy usłuchiwaniu, ani w RTG, a tylko ma Pan podrażnoną śluzówkę i swoje musi odkasłać, nim się nie zgoi - PRZYPOMINAM ŻE NIE SŁUCHAŁAM PANA PŁUC I NIE WIEDZIALAM PANA RTG I NINIEJSZY ODCINEK NIE JEST PORADĄ LEKARSKĄ.

Gdyby jednak lekarz, który Pana zbada, upierał się przy bronchoskopi, proszę dać ją sobie zrobić. Zwłaszcza jeśli wyszło mu coś nieprawidłowego w RTG lub przy osłuchiwaniu. To jest najprostsza metoda leczenia jeśli coś zostało w oskrzelu - można to wyjąć albo przepłukać oskrzele. Wiem, że chciałoby się łyknąć tabletkę i żeby ta tabletka wyleczyła, i to najlepiej wyleczyła od razu, a nie wsadzać rurę w oskrzela - ale po prostu takiej tabletki nie ma.

Mechanizm kasłania:
Jeśli ziemniaczek z obiadu, którym się Pan zachłysnął, wyleciał przy kaszlu, to prawdopodobnie zostawił trochę swoich drobinek na ścianie oskrzela, ewentualnie drobin sosiku i te drobinki ziemniaka drażnią i powodują kaszel i dyskomfort w klatce piersiowej. By przestały drażnić, muszą z oskrzela zniknąć. Wymiatanie drobin zanieczyszczeń z oskrzeli dzieje się przy pomocy ruchu rzęsek nabłonka oskrzeli, a także mogą pomóc białe ciałka krwi, które mogą przechodzić do światła oskrzeli i sprzątać - czyli jakby zjadać, wchłaniać  fragmenty tego ziemniaka czy sosiku. No i pewnie takie drobniutkie resztki jedzenia jeszcze przy okazji zaczną gnić, przez co staną się bardziej płynne, co ułatwi białym ciałkom krwi sprzątanie, a rzęskom - wypychanie. Trochę to podrażni ścianki oskrzeli, co spowoduje kasłanie. Kasłanie ułatwia wyksztuszenie i pozbycie się resztek ziemniaczka, czy co tam Panu wpadło.

Gdyby jednak nie chciało samo ustąpić:

Proszę też nie bać się jakoś szczególnie bronchoskopii. Bronchoskopia, jako metoda, nie jest aż taka bardzo inwazyjna od czasu, gdy ze 20-15 lat temu weszły miękkie endoskopy. Wystarczy że lekarz popsika  gardło znieczulaczem, pacjent ma  być na czczo, i może ewentualnie jak bardzo nerwowy pacjent to można podać przed jakiegoś "głupiego jasia", i tyle. Można u nerwowych osób nawet w znieczuleniu ogólnym robić, tylko to już trochę strzelanie z armaty do muchy. Samo znieczulenie gardła powinno wystarczyć, a że bronchoskop (czyli endoskop przeznaczony do oskrzeli) jest miękki, to nie trzeba nawet głowy odginać, jak kiedyś. Przedtem, nim poszła naprzód technika światłowodów i mini kamer, to w pacjenta wkładało się sztywną rurę, i musiał głowę mocno do tyłu mocno odgiąć, żeby prosta rura weszła przez buzię. I to faktycznie było męczące badanie. Teraz to już nie te czasy. Miękka rurka, prosto, łatwo i no... przyjemnie to nie, ale i nie jakoś dramatycznie.

Wątpię by Pana skierowano na bronchoskopię, bo to i drogie badanie i jednak uciążliwe dla pacjenta - ale powtarzam jeszcze raz - nie słuchałam Pana płuc, nie oglądałam, proszę się słuchać lekarza, który Pana zbada.

Teraz pytanie skąd wziąć lekarza, co Pana obejrzy:
- albo iść na pogotowie - tylko po paru dniach to tak trochę głupio, dzień po urazie, to jeszcze wypada. No, chyba że się kaszel pogorszył, to iść właśnie na pogotowie.
- albo iść do lekarza rodzinnego, czyli pierwszego kontaktu.

Jeśli leczy się Pan u pulmonologa czy alergologa-pulmonologa to można iść do niego, ale pewnie sam Pan by na to wpadł. Skoro wybrał Pan szukanie pomocy w necie, to pewnie się Pan nie leczy.Wtedy zostaje któraś z pierwszych dwóch opcji. Gdyby chcieć to robić prywatnie to koszty wizyty, RTG i bronchoskopii powinny zamknąć się w tysiącu złotych, jednak nie mam wprawy w doradzaniu tej ścieżki, bo nie korzystam. Leczę się państwowo i też odstaję swoje w kolejkach.

Życzę by zgoiło się szybko i samo, może nawet nim przeczyta Pan ten post. Oby był już niepotrzebny. Gdyby jednak był potrzebny to zostaje jeszcze jedno ważne zagadnienie:


Czy można jakoś pomóc w gojeniu? Tak. Dwie rzeczy można zrobić:

1. dużo pić, (Więcej napisałam o tym w odcinku Co na kaszel) -  by rzęski nabłonka miały wilgotno, wtedy lepiej się ruszają. Białe ciałka krwi też lepiej poruszają się w mokrym środowisku niż w suchym..

2. można zrobić sobie inhalacje - czyli wylać do miseczki gorącej wody, nałożyć ręcznik na głowę i zrobić sobie z tego ręcznika namiot nad miską i powdychać wilgotną parę, żeby sobie dobrze nawilżyć nabłonek oskrzeli i by łatwiej się rzęskom pracowało. Można w tej miseczce mieć zaparzone w wodzie jakieś zioło, żeby lepiej pachniało, można wkroplić olejek, będzie się milej wdychało. 10 minut wdychania powinno wystarczyć. 15 - też będzie dobrze. Siedzenie pod tym ręcznikiem jest trochę nudne, bo to ani poczytać, bo wilgotno, ani nie bardzo jest co porobić. Można sobie jakąś audycję puścić. Nawet gdyby zrobić inhalację samą wodą to warto bo to bardzo dobrze nawilża oskrzela.

I nie ma czegoś takiego jak za długa inhalacja. Jak ktoś posiedzi pół godziny pod ręcznikiem, to też nie zaszkodzi. Ważne by było przyjemnie ciepło i wilgotno. Nie musi być gorąco, ma być ciepło. I przede wszystkim - naparowana mgła, więc z zimnej wody będzie słabo parować. Czyli jak przestygnie to albo dolać gorącego, albo inhalację zakończyć, a powtórzyć za parę godzin.

Powinno to zmniejszyć chęć do kaszlu i skrócić okres podrażnienia śluzówki. Oczywiście bezpośrednio po inhalacji kaszel przez krótki czas może być nawet silniejszy bo jeśli jest co odksztuszać, to to coś, co jest do odksztuszenia, to organizm będzie chciał wykasłać, ale to przez chwilę. Za to jeśli już wyksztusi,  jeśli resztki ziemniaczka przemieszczą się w nawilżonych oskrzelach w stronę wylotu, to potem będzie ulga. I o to nam chodzi. Można powtórzyć inahalację parę razy, bo niekoniecznie od razu wszystko się oczyści.

Jeszcze raz przypominam, że moje rozważania są jedynie zdroworozsądkowym podejściem, a nie są poradą lekarską, i jej nie zastępują.

Życzę by kaszel szybko ustąpił.
Proszę dać znać czy zrobił Pan inhalacje i dały efekt złagodzenia kaszlu i uczucia podrażnienia, bo powinny dać, i to można zrobić niezależnie od wizyty u lekarza. Nie zaszkodzą.

wtorek, 3 stycznia 2017

CO NA KASZEL?

Dwie porady na kaszel.


Jak prawidłowo kaszleć?

Tak, to nie pomyłka. Kasłać  można skutecznie, lub nieskutecznie. Lekarze stosują termin " kaszel produktywny" lub  "nieproduktywny".
Opis będzie trochę obrzydliwy. Ostrzegam wrażliwych. Jednak udawanie, że problemu nie ma, to jeszcze gorszy pomysł. Już lepiej chwilę mieć dyskomfort, ale zdrowieć szybciej.

Przejdźmy do części obrzydliwej: plwocina, którą trzeba wykasłać, i uwaga, uwaga - trzeba też wypluć. To jest niezbędne. Plwocina nie ma nóg ani rąk, sama się nie wspina z oskrzeli na zewnątrz. Ani sama nie zniknie. Trzeba jej pomóc zniknąć. Jak wyplujemy to będziemy chorować krócej. Jak zostawimy sobie plwocinę w płucach to leczenie potrwa dużo dłużej.

Jak pomóc sobie skutecznie kasłać:


1. Pij dwie szklanki wody.

Nic tak nie pomaga jak picie odpowiedniej ilości płynów. Osoba, z gorączką, zazwyczaj nie ma siły, by wstać i zrobić sobie herbatę. Osoba z gorączką zwykle nie spożywa wystarczającej ilości płynów. A wyschniętą plwocinę trudniej wypluć. Łatwiej wykasłać coś jak człowiek jest nawodniony.

To jest ważniejsze niż wszystkie tabletki "na kaszel." Poważnie.

Należy wypić 2 lub 3 litry płynów dziennie, czyli 5 lub 6 razy po 2 szklanki wody lub herbaty czy innego płynu. Im wyższa gorączka tym więcej.


2. Pochylić się

Podczas kaszlu trzeba się nachylić, tak by głowa była niżej, niż pupa. Grawitacja pomoże wykasłać. I, tak, niestety - trzeba kasłać, aż się wykaszle. Nachylenie ciała sprawia, że plwocina łatwiej wychodzi. 

Proste i skuteczne.
Można stosować z lekami przepisanymi przez lekarza. Pomoże też jeśli leczymy się sami.

Możemy sobie pomóc. I szybciej wyzdrowieć.
Życzę zdrowia.

piątek, 4 listopada 2016

Czy można odmrozić zamrożonego człowieka?

Główny problem polega na tym, że woda w komórkach ciała ludzkiego zamarza w postaci kryształów. Kryształy uszkadzają komórki i struktury wewnątrz komórek. Komórki pękają. Nie ma jak na razie metody zapobiegającej wytrącaniu kryształów wody. Jeśli komórki popękały, to nasza medycyna nie umie naprawiać takich uszkodzeń.I jeszcze długo nie będzie umiała, niestety. Jeśli ktoś zamarzł, to nie umiemy go rozmrozić.

Za to mam optymistyczna wiadomość. Samo przebywanie w zimnie, jeśli się nie zamarznie, na przykład przebywanie w zimnej wodzie - zmniejsza zapotrzebowanie mózgu na tlen na tyle, że możliwe jest przywrócenie do życia, nawet po dość długim czasie. Dłuższym niż te słynne 3 minuty, w które koniecznie trzeba przywrócić krążenie osobie nieprzytomnej.

Tym optymistycznym akcentem zakończę, licząc na to, że ta wiedza nigdy się nie będzie potrzebna.


sobota, 3 września 2016

Co to jest hipochondria

Pewnie uzna mnie Pani za hipochondryczkę – tak zaczynał się list jednej z moich pacjentek. Szczegółów listu nie zdradzę. Ale chcę napisać słówko o hipochondrii.

Pacjentka chorowała na jedną z tych chorób, gdzie objawy są mało specyficzne, nie ma prostych badań umożliwiających ocenę nasilenia choroby. A pacjencji często są posądzani o wymyślanie sobie objawów. Jeśli nie przez lekarza, to przez ludzi z otoczenia, bo tak na oko wyglądają na zdrowych. Choroby nie widać, a bólu przecież też nie widać.

Co gorsza, zdarza się, że tak myśli o nas i nasz lekarz.

Co mamy zrobić w sytuacji, kiedy idziemy do lekarza, który po zbadaniu nas, wysłaniu na badania, przy kolejnej wizycie - nie bardzo ma pomysł co właściwie nam jest i zaczyna przebąkiwać o tym że może to nerwowe i że może skorzystalibyśmy z jakiejś formy psychoterapii, na zmniejszenie stresu… Domyślasz się Czytelniku, że jest to grzeczna forma powiedzenia pacjentowi, że sobie wymyśla chorobę. A nas naprawdę boli. Co mamy zrobić?

W takiej sytuacji, jeśli nadal nas boli i nadal potrzebujemy pomocy, są dwie możliwości tego, co się dzieje:
1. albo coś nam tak naprawdę jest a tylko medycyna tego nie umie tego jeszcze rozpoznać,
2. albo nic nam nie jest fizycznie, ale ból jest twardym faktem (i coś z nim trzeba zrobić!).

Ad 1. Pierwsza możliwość:
- Coś nam jest, tylko medycyna jeszcze tego nie umie badać. To jest możliwe i wcale nie takie rzadkie, mogę podać spektakularny przykład.
W czasie moich studiów wykryto zespół X, a raczej przyczyny zespołu X. Otóż jest to choroba drobnych naczyń wieńcowych. Choroba niedokrwienna, taka, jak te niedokrwienia, które powodują zatkanie naczyń w sercu, zawały i konieczność wszczepiania bypasów, jeśli dotyczą dużych naczyń. Tylko właśnie cały „urok” choroby „zespół X” polega na tym, że zwężenia są w drobnych naczyniach. Nie ma tego jak leczyć, bo tam, na drobnych naczyniach to się bypasu nie wszczepi. I dopóki nie rozwinęły się techniki obrazowe, takie jak USG, trójwymiarowe RTG czyli tomografia oraz rezonans – dopóty nie można było tego nawet zobaczyć na obrazku, bo drobnych naczyń nie było widać. Czyli wyglądało jakby pacjent sobie wymyślał objawy, bo przyczyny nie było widać.

Typowe badanie do oceny naczyń serca nazywa się koronorografia – to takie badanie RTG, gdzie pod kontrolą RTG wprowadzamy cewnik do tętnicy i dalej do serca, i podajemy kontrast do naczyń wieńcowych, żeby je uwidocznić. Robiono to już dawniej, ale rozdzielczość RTG była na tyle mała, że po prostu drobnych naczyń nie było widać. A skoro nie widać przyczyny, to pacjenci byli posądzani o wymyślanie sobie choroby. Byli też wysyłani do psychologa…

Całe szczęście, że lekarze zauważyli, że „wymyśla” sobie te objawy pewna określona grupa pacjentów (zwykle były to kobiety, z czynnikami sprzyjającymi miażdżycy, takimi jak otyłość, i wiek 50 i więcej). I skoro skarżyła się taka grupa specyficznych osób, a nie pełny przekrój społeczeństwa, to nazwano te niesprecyzowane dolegliwości zespołem X. X w nazwie był właśnie dlatego, że podejrzewano, że coś tam jednak jest na rzeczy, skoro określona grupa ludzi podaje takie objawy bólowe, że jest jakaś choroba, tylko nie bardzo wiadomo co. Bo jak choroby nie widać w badaniach, to jak niby leczyć? W ciemno?

Nie wiedziano początkowo o drobnych naczyniach, a w badaniach ta kobieta była zdrowa, tylko czasem ją serce bolało. Trochę pomagały leki rozszerzające naczynia, ale trochę pomagały również - uwaga, uwaga - jakiekolwiek leki (!). Nawet zwykła witamina C. (TAK!) Bo kobieta USIADŁA i odpoczęła, kiedy brała tą jakąkolwiek tabletkę, więc ból serca się zmniejszał, bo zmniejszało się zapotrzebowanie serca na krew. Bo USIADŁA. Ale z boku patrząc, to wyobraźcie sobie, że pacjentowi ból przechodzi po JAKIEKOLWIEK tabletce… Nawet witaminie. Przecież to typowy hipochondryk, prawda? Te kobiety, nim weszły lepsze techniki obrazowania, wysyłano do psychologa, z tłumaczeniem, że to nerwowe… Bo nic lepszego lekarz nie miał do zaproponowania.

Tak, że może być coś, co nam faktycznie dolega, tylko medycyna jeszcze tego dobrze rozpoznawać i leczyć nie umie. Medycyna to młoda nauka, ma raptem ze 200 lat (naprawdę, nasza zachodnia medycyna jest taka młoda, polecam książkę „Stulecie chirurgów”, mnie zamurowało podczas lektury, jak dowiedziałam się jak niedawno pojawiły się leki, które standardowo stosujemy współcześnie, wydaje się że „od zawsze”).

Jeśli jednak lekarze już nas obadali, nic nie znaleźli, a boli dalej – co wtedy?

Ad 2. Druga możliwość jest taka, że niestety ten lekarz, który z krzywym uśmiechem sugeruje nam wizytę u psychologa, ma rację i faktycznie nic nam fizycznie nie jest. I że ból, który odczuwamy faktycznie jest bólem bez fizycznej przyczyny. Złośliwi powiedzą: wymyślonym. Tylko proszę dobrze zrozumieć – jeśli pacjenta boli, to pacjenta boli. Ja nie dyskutuję z tym, że ból jest. Jak ból jest, to jest. Jak pacjent mówi, że go czuje, to ja mu wierzę. Chodzi mi o coś innego. Jeśli ból jest, a nie ma fizycznej przyczyny, to znaczy że istnieje INNA przyczyna, niż fizyczna.

Może faktycznie w ten sposób „załatwiamy” sobie coś psychologicznego – na przykład nie pozwalamy sobie odpocząć, i ciało domaga się w ten sposób.
Może nie umiemy rozładować stresu.
Może potrzebujemy więcej uwagi otoczenia, zainteresowania, albo po prostu pomocy w nawale obowiązków i ciało daje o tym znać.
Może jesteśmy przepracowani i za chwilę pojawi się choroba, a już zaczęło boleć.

Może psycholog wychwyci ten mechanizm, a może też nie. W końcu jest tylko człowiekiem i wie o nas tyle, ile sami mu powiemy. On ma tylko o tyle lepiej, że obserwuje nas z boku, a z boku czasem lepiej widać jakieś ewentualne nieumiejętności społeczne, lęki, bóle psychiczne, czy coś co można sobie poprawić. A czasem i psycholog też nie pomoże. Ale przynajmniej nauczymy się paru technik relaksacyjnych.

A jeśli za kilka czy kilkanaście lat okaże się, że jednak coś nam naprawdę fizycznie było?
No, to się okaże. A parę technik relaksacyjnych też się przyda, więc namawiam, żeby się przejść do tego psychologa, jeśli sugeruje nam to lekarz. A nóż u psychologa nauczymy się czegoś ważnego o sobie, czy odkryjemy co można poprawić, żeby bardziej umiejętnie żyć i być bardziej szczęśliwym.

Chcę bardzo wyraźnie podkreślić, że jeśli boli, to coś nam jest. Nawet jeśli w taki pokręcony sposób miałby manifestować się ból ducha. A co, duch to niby nie ważny? Tylko ciało może być chore? Psychika, szybkie tempo życia, stresy, wieczne bycie „on line” i wiecznie w pracy, śmieciowe, szybkie jedzenie – to niby nie ma znaczenia? Ból jest bardzo ważnym sygnałem! Jeśli boli, to coś jest zepsute. I należy się temu przyjrzeć. Wcale niekoniecznie łykać tabletkę. Ale przyjrzeć. Warto swojego ciała słuchać i się o nie troszczyć.

Z życzeniami zdrowia.

sobota, 21 maja 2016

Jak odróżnić stary i młody kwiat stokrotki

Młode stokrotki mają płaskie środeczki, a starsze kwiaty mają środki wypukłe i mechate.


Kiedy stokrotka kwitnie, żółty środeczek zaczyna rozwijać się od zewnątrz,. W żółtej części stopniowo kolejne drobne elementy się rozwijają, Proces posuwa się do środka kwiatka i żółty środek staje się coraz bardziej wypukły.


Na zdjęciu poniżej widać stokrotkę, której żółty środek jest płaski, a jego brzegi dopiero zaczęły się rozwijać i unosić.


Tutaj, na drugim zdjęciu widać baaardzo wypukłą, w pełni rozwiniętą stokrotkę.

Jeśli masz mimo wszystko problem z odróżnieniem - nie przejmuj się, zbieraj takie z ładnymi płatkami, a jeśli i z tym nie do końca sobie radzisz - nie przejmuj się, "dojrzała" stokrotka będzie troszkę włóknista, ale nie trująca. Spróbować warto.

Podobnie rozwijają się kwiaty rudbeki - też ich środek robi się coraz bardziej wypukły, a także jeżówki purpurowej (łac. Echinacea, tak, to ona, to ta Echinacea stosowana jako środek wzmacniający odporność, w aptekach można kupić tabletki lub sok. Ona jest bardzo ładnym ogrodowym kwiatkiem, można sobie samemu zebrać zioło.).

---
Może zainteresować Cię też: - Dzikie rośliny jadalne


środa, 11 maja 2016

Jedzmy stokrotki - czyli - dzikie kwiaty jadalne



Stokrotki są jadalne.

Jemy główki kwiatów, najlepiej młode, niedługo po rozwinięciu pąka. Stare, zaczynające przekwitać nie są trujące, ale będą mniej smaczne.

W smaku delikatne, niektórzy mówią, że wyczuwają delikatny posmak jakby rzodkiewki. Może odrobinkę, ale nie są ostre, są łagodne, dla mnie bardziej przypominają sałatę.

Można dekorować kanapki, dodać do sałatki, udekorować ciastko czy tort. Można też dodać do herbaty i zaparzyć. Na herbatę można ususzyć główki kwiatów i używać zimą.Ze względu na delikatny smak i blady kolor raczej będą dodatkiem, a nie głównym składnikiem. Ja pijam je jako dodatek do słabej herbaty. Aromat kwiatów jest wyraźnie wyczuwalny i przyjemny.


Uwagi co do miejsca zbioru:
Pamiętajmy aby zbierać je z dala od źródeł zanieczyszczeń, czyli z dala od szos i miejsc gdzie są opryski (uwaga na sady owocowe!). Polany leśne czy łąki są bardzo dobrym miejscem. Może nim być też własny trawnik, stokrotki lubią rosnąć w miejscach koszonych, bo są niskie i wtedy jest im łatwiej o słońce.

----
Może zainteresują Cię podobne wpisy:
KWIATACH JADALNYCH (kliknij tu) oraz
ROŚLINACH ALTERNATYWNYCH (kliknij tu)
HERBATKA Z DZIKIEGO KWIATKA (klik)